Dzisiaj wielu rodziców nie wie, jakie zabawki kupić swoim dzieciom, bo wybór jest tak duży. W efekcie lądujemy z gigantycznymi pudłami pełnymi rzeczy, którymi nasze dziecko nie chce się bawić. Jak sobie z tym radzisz?

Ja wyznaję zasadę „Nie stać mnie na kupowanie tanich rzeczy”. Ta zasada dotyczy wszystkich aspektów mojego życia. Wolę kupić raz a porządnie. Jeśli wybieram zabawki dla synka, wybieram to, co najlepsze i najtrwalsze. Przykładem jest drewniana kuchenka, której zakup wywołał wśród moich czytelniczek falę dyskusji. Kuchenka kosztowała 3 razy więcej niż plastikowa miniaturka. Wolałam jednak wydać więcej i kupić produkt, który będzie trwalszy, przyjemniejszy dla oka, lepiej wykonany, bo wiem, że posłuży kolejnym moim dzieciom bądź odsprzedam go na rynku wtórnym odzyskując jeszcze część pieniędzy. W ten sposób nie robię z mojego domu graciarni, a Mati bawi się mniejszą ilością zabawek, za to bardziej jakościowymi i wytrzymałymi. A słowo „wytrzymałość” zyskuje dodatkową wartość w obliczu 3-letniego użytkownika. To potwierdzi każda mama :)

Często widzimy zabawki, które poza tym, że są ładne, są „edukacyjne”. Czy uważasz, że rzeczywiście są one naszemu dziecku tak bardzo potrzebne?

Jak najbardziej. Moje dziecko z mini-komputerka edukacyjnego nauczyło się kolorów po angielsku i kilku piosenek. Bawiąc się drewnianym labiryntem ćwiczy swój mózg. Myślę, że zabawki edukacyjne zasługują na szczególną uwagę do 2. roku życia naszego dziecka. Co prawda nie są niezbędne. Nie dajmy się zwariować. Nasi rodzice nie bawili się takimi gadżetami, a wydaje mi się, że są jak najbardziej „wyedukowani”. Zabawki edukacyjne z pewnością stymulują określone zmysły dziecka i na pewno potrafią czegoś to nasze dziecko nauczyć. Nie możemy zapominać o podstawowej kwestii. Najważniejszym nauczycielem dla dziecka był, jest i będzie jego rodzic. Zabawka edukacyjna nigdy go nie zastąpi.

Wielu rodziców po prostu włącza dzieciom bajki, żeby same sobą zajęły się przez jakiś czas, co o tym sądzisz? Jak wybierać odpowiednie programy telewizyjne czy bajki dla naszych dzieci?

Zależy przez jaki czas i jakie bajki. Cały czas wychodzę z założenia, że zdrowy rozsądek jest najlepszym stylem wychowawczym. Mati ogląda bajki i w telewizji i na telefonie, ale w ilościach, które naszym zdaniem są rozsądne. Telefon z piosenkami przydaje się bardzo w sytuacjach podbramkowych. Niestety w tym wypadku trzeba bardzo kontrolować komunikaty, które pokazujemy dziecku. W kolorowych pioseneczkach po angielsku o wesołym autobusie nie widzę nic złego. Gorzej, jeśli po 3-minutowej piosence włącza się automatycznie kolejna, która tylko część „słyszalną” ma delikatną i dziecięcą. Kiedyś sama trafiłam na zaskakujący film, w którym jako podkład muzyczny leciała piosenka w stylu „Old McDonald had a farm…”, a w rzeczywistości dziecko oglądało Spidermana skaczącego po wybuchających budynkach i walczącego z czarnymi charakterami wyskakującymi z rozbijających się samochodów. Przeraziło mnie to. Nie chcę myśleć, po co ktoś robi takie filmy, ale na pewno robi to celowo, bo dziecięca piosenka nijak nie pasuje do przemocy. Dlatego wolę jednak kanały telewizyjne, nad którymi ktoś czuwa. Do Internetu można wrzucić wszystko.

Który z Twoich pomysłów na rozrywki dla dziecka okazał się dla niego najciekawszy?

Mati uwielbia zabawę klockami. Kiedyś bawiliśmy się w budowanie wielkiej wieży, której przewrócenie było najlepszą rozrywką świata. Teraz z tych samych klocków budujemy garaże dla samochodów. Zaczął się okres miłości do samochodów wszelkiej maści. Kiedy jesteśmy na jakimś parkingu przy centrum handlowym bawimy się w wymienianie marek wszystkich samochodów. Ten maluch jeszcze nie skończył 3 lat, a już nazywa wszystkie samochody. No i hit ostatnich dni. „GILANIE”, jak to nazwał Mati, czyli gonitwa i bieganie po trawie przy domu w samych majteczkach (oczywiście Mati! Ja preferuję cały strój) :) I łaskotanie do upadłego tego, kto da się złapać. Za tą zabawę nie płacę ani gorsza, a czuję, że to właśnie ją Mati będzie wspominał za kilkadziesiąt lat jako ulubioną.