ierwsze zdanie, które powiedziałabym świeżo upieczonemu rodzicowi to „wyluzuj”, mimo własnej wiedzy i świadomości, jaki to ważny moment, jaka odpowiedzialność i jak wielka zmiana. Powiedziałabym „weź głęboki oddech, rozluźnij mięśnie i poczuj się rodzicem”. To bardzo ważne, by wejść w to doświadczenie, a nie stać z boku, przyglądając się z pozycji obserwatora, jak mi idzie, czy jestem wystarczająco dobra/y, czy inni uważają mnie za wystarczająco dobrego.

Współcześni rodzice, tak to postrzegam, zamiast rodzicami BYĆ, stają się narratorami własnego rodzicielstwa. Przez nieustającą autocenzurę pozbawiają się ogromnej przyjemności w kontakcie z dzieckiem, rezygnują z własnej autentyczności. Wciąż szukają odpowiedzi na pytania, czy dobrze zrobiłem, czy odpowiednio zareagowałam, czy ta decyzja była słuszna – szukając jej w innych, nie w sobie. Zamiast być, kochać, bawić się, opiekować – tak naturalnie jak robili to nasi rodzice, ale jednocześnie z tą odrobiną refleksji, jaką daje im współczesna wiedza.

Intuicja. Słowo klucz. Bogactwo własnych doświadczeń, wartości, emocji. To, coś co sprawia, że gdyby posłuchali głosu swojego serca, wiedzieliby co robić. Wiedzieliby lepiej niż gadająca głowa w telewizji, lepiej niż mama i teściowa, i lepiej niż koleżanka z placu zabaw. Bo matka/ojciec nawet jeśli nie może znaleźć odpowiedzi, ma ją w sobie. Musi tylko wyciszyć głosy z zewnątrz, odnieść się do własnego zaufania i podążać za swoją intuicją i swoim dzieckiem.

Czy mamy wpływ na rozwój swoich dzieci? Na ich przyszłość, szczęście? Na sukcesy? Na to, jak będą kochać, jakie będą mieć związki, jakimi będą przyjaciółmi, szefami? Tak, mamy. Ogromny. Im jestem starsza i im większe są moje dzieci, im dłużej pracuję jako psycholog tym postrzegam ten wpływ jak większy. Bo przecież poza nami rodzicami przez długi czas intensywnego rozwoju mózgu, emocji, ciała – nie ma innych dorosłych tak obecnych jak my. A człowiek jak te gęsi z eksperymentu znanego etiologa Konrada Lorenza podążą po urodzeniu za jedną najbliższą osobą. Ma potrzebę stworzenia więzi z nim. Więzi, która jest furtką na miłość do innych, miłość do całego świata.

Na początku nie trzeba tak wiele. Trzeba być OBECNYM. Tak, aby dziecko wiedziało, że zaufanie i miłość to pewność, że osoba bliska do niego wróci. Zrozumie. Utuli, gdy będzie mu źle. Postara się zrozumieć jego potrzeby. Trzeba być więc DOSTĘPNYM. Gdy dziecko czyta w nas jak w otwartej księdze, gdy jesteśmy dla niego lustrem jego własnych emocji – niech widzi AKCEPTACJĘ. W dobrych, ale przede wszystkich w trudnych chwilach. Niech uczy się, że złość i smutek jest tak samo ważny w życiu jak radość i nadzieja. Bo wszystkie uczucia są jego i nie da się żyć tak jakby ich nie było. Wtedy bowiem jakaś część nas nie ma prawa istnieć.

Potem jest trudniej. Oprócz więzi potrzebna jest socjalizacja. Z przed nią zrozumienie, że ten mały człowiek nie należy do nas, ale należy do świata. I że naszą, rodziców, rolą jest, by go wyposażyć w odpowiednie narzędzia, aby w tym świecie potrafił żyć. Ba, potrafił żyć dobrze! Wychowanie więc do kolejna wspólna droga: od kształtowania autonomii, sprawczości, poczucia wartości do wykształcenia własnej tożsamości. Długa 18-letnia droga pełna kryzysów, wzniesień i upadków. To także nauka, że rozwój odbywa się przy udziale kryzysów, i że czasami warto pozwolić na bunt, arogancję, nawet regres – by dostrzec zmiany, które pchają młodego człowieka do przodu. Co ważne, rozwój naszych dzieci powoduje nasz własny rozwój, a także rozwój rodziny. Inne problemy przeżywa rodzina z przedszkolakiem, a kompletnie inne rodzina z nastolatkiem. I jest to system wzajemnych powiązań, bo kryzysy w rodzinie powodują także zmiany w naszych dzieciach. Jesteśmy więc naczyniem połączonym, czy tego chcemy czy nie.

Rodzic może bardzo wiele, ale nie może wszystkiego. O tym też warto pamiętać. Jest filarem, a nie zamkniętą twierdzą, jest fragmentem pewnej budowli, której autorem będzie dziecko, bo tylko ono będzie wiedziało, jak stworzyć swój własny świat. Jeśli tylko zaczniemy od wyluzowania (!), nie zapomnimy o własnej intuicji, zaufamy sobie bardziej niż innym, będziemy w otwarty sposób podążać za dzieckiem, pamiętając, że ono to nie my, a my to nie ono, że ma prawo do własnych marzeń i postaw, że będąc tak podobnym jest jednak inne – to jest szansa, że wyrośnie ono na całkiem szczęśliwego człowieka. A jak mu jeszcze los będzie sprzyjał, to szansa ta stanie się pewnością :-)

A już tylko od nas zależy, czy będziemy w tym uczestniczyć, czy staniemy się tego tylko obserwatorami.